12ewew        

MARY KOMASA: MUZYKA DAJE MI SUPERMOCE. NIEZWYKŁY WYWIAD Z ARTYSTKĄ

By  |  0 Comments

Zrzut ekranu 2017-02-08 o 12.55.16

mary komasa

Michał Hernes: Na początku piosenki „City Of My Dreams” jest mowa o wspomnieniach z młodości; niby mrocznych, ale też na swój sposób nostalgicznych.

Mary Komasa: Wydaje mi się, że każdy z nas manipuluje wspomnieniami z dzieciństwa. Z perspektywy czasu mogą być idylliczne, ale pamiętam także rzeczy, które fajne nie były. Dzieciaki są okrutne. Wszystko to przekłada się na to, kim jesteś i jak podchodzisz do rzeczywistości. Ta piosenka opowiada nie tylko o wspomnieniach, ale również o miejscu, jakim jest Miasto Moich Marzeń, które nie istnieje. To, że często się przeprowadzam powoduje, że „tworzę” w głowie film na temat miejsca, w które się przenoszę. Potem mierzę się z rzeczywistością, która tyczy się nie tylko miejsc, ale też osób. Często jest tak, że gdy wchodzisz z kimś w związek, „puszczasz sobie” komedię romantyczną, a po czasie okazuje się, że to wcale nie jest żadna komedia. Nie twierdzę, że będzie to horror, choć różnie w życiu bywa. Ta piosenka miała dotyczyć tego wszystkiego. Chciałam, by mimo jej naiwności słuchacz poczuł jej brutalność. W słowach „So don’t leave me here alone” jest coś słodkiego, ale zaśpiewałam to z przygryzioną wargą. Chodziło mi o uchwycenie takiego momentu.

Jakie dźwięki i odgłosy kojarzą Ci się z dzieciństwem?

-Chociażby zmywarki. Lubię szumy, podobnie jak reszta mojego rodzeństwa. Właśnie dlatego uwielbiam przebywać w galeriach handlowych i na lotniskach. W naszym niewielkim domu mieszkało dużo ludzi i zawsze było w nim głośno. Z dzieciństwem kojarzą mi się też dźwięki wiolonczeli i fortepianu. Każdy z nas musiał ćwiczyć grę na jakimś instrumencie.

MARY KOMASA

Czy uważasz, że są takie piosenki, które żyją, to znaczy towarzyszą nam w młodości, a potem się wraz z nami starzeją?

-Na przykład (śpiewa, przypisek M.H.) „Quit Playing Games (With My Heart)”. To jedna z piosenek, do których czasem wracam, choć wiem, że to jest raczej pejoratywne. Mam wiele obciachowych piosenek, które chodzą za mną niczym zapachy.

Nie wstydzisz się tego, że wychowałaś w erze MTV…

-Kompletnie!

…i na czasopiśmie „Bravo”.

-Kochałam je. Kupowaliśmy „Bravo” razem z bratem bliźniakiem i odgrywaliśmy sceny z rubryki „Love Story”. W autobusie dzieliliśmy się na role, wracając ze szkoły muzycznej, z wiolonczelą, po intensywnych zajęciach, na których graliśmy Szopena i Bacha.

Czy „Bravo” miało odgrywać istotną rolę w Mieście Twoich Marzeń?

-Na pewno i naprawdę się tego nie wstydzę. Wychowałam się w tej popkulturze i nie uciekam od niej; ba, bywa inspirująca. Współcześnie młodzi ludzie siedzą przede wszystkim przy komputerach i w ten sposób się ze sobą komunikują. Rzadko dochodzi do spotkań twarzą w twarz, bo coraz więcej osób przerzuca się na komunikatory. Na swój sposób to rozumiem, sama wychowałam się na Game Boyu i PlayStation. Być może ta skrajność wynikała z chęci, by podświadomie zachować balans. Dzieci ze szkół muzycznych od rana do nocy spędzają czas na ćwiczeniu. Prawdopodobnie chodziło o to, by przy pomocy popkultury się wyłączać. Popkultura dotyka banalnych potrzeb, ale uważam, że z każdy z nas je ma. I dlatego lubię do niej sięgać.

Stąd uwielbienie do Backstreet Boys.

-Kiedy byłam w piątej klasie, podsłuchałam, jak ósmoklasistki rozmawiały w bibliotece o ich warszawskim koncercie, na który się wybierały. Oczarowało mnie, że idą na niego, a jednocześnie im zazdrościłam. Mama powiedziała mi w domu, że zabierze mnie na ten koncert. To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Podobnie się czułam, gdy szłam na koncerty Michaela Jacksona i Whitney Houston. Regularnie chodziłam też na Jazz Jamboree, Warszawską Jesień i Konkursy Chopinowskie. Z kolei pokolenie mojego brata słuchało Tupaca i Busta Rhymes. Nasi rodzice byli dość wyrozumiali i każdy z nas słuchał, czego chciał.

Jak odbierałaś Tupaca?

-Byłam w nim zakochana. Brałam spodnie mojego brata i spuszczałam je, żeby były bardziej hip hopowe. Robiłam też sobie warkoczyki. Nie mogłam uwierzyć w to, że Tupac zginął. Lubiłam także Wu Tang Clan, na ścianach wisiały plakaty ich wszystkich. Hip hop był agresywną muzyką i to mi się w niej podobało. Zawsze byłam chudą, wątłą dziewczynką z dużymi oczami i chciałam się obudować siłą, którą ma w sobie ta bezkompromisowa muzyka. Miałam wtedy dziesięć lat i nie rozumiałam tekstów tych piosenek, ale w ich energii było to coś.

MARY KOMASA

Czy ta eklektyczna mieszanka ukształtowała Cię muzycznie?

-Nie wiem, to pytanie do słuchaczy. Chcę, żeby moje piosenki były proste i by nawiązała się komunikacja między nimi, a ludźmi. W mojej muzyce pojawiają się elektrobrzmienia, ale tworzę piosenki trochę popowe; choć potem okazuje się, że to nie do końca pop, tylko indie rock. Mówiąc szczerze, nie słucham aktualnie zbyt dużo muzyki. Jeśli już, to wybieram klasyczny jazz, bluegrass, muzykę filmową albo klasyczną. Słucham też dużo opery. Ostatnio kupiłam winyl z muzyką Erykah Badu i codziennie go sobie włączam, bo kocham tę płytę. Podobnie jest z filmami. Nie wstydzę się tego, że byłam fanką „Koszmaru minionego lata” i „Krzyku” Wesa Cravena, który robi filmy klasy „Z”. Mój brat bliźniak pisał scenariusze „Krzyku 15” i w tych filmach grała cała nasza klasa. Jestem dzieckiem popkultury, które swoje urodziny świętowało w McDonaldzie.

Twoje teksty są proste, ale w tych piosenkach czuć smutek i melancholię.

-Popkultura potrafi być melancholijna. Zawsze znajdowałam się gdzieś pomiędzy. Słucham także Ewy Demarczyk, do której miłością zaraził mnie mój ojciec. Jej teksty to poezja. Trochę inną, ale wciąż melancholię, czuć w piosenkach Violetty Villas. W muzyce Radiohead też. Mam w sobie dużo melancholii, ale wydaje mi się, że wynika to z faktu, że sporo obcowałam z muzyką klasyczną. Gdy przejdziesz przez cały romantyzm w muzyce, słyszysz, jak jest ckliwa. Uwielbiam Szopena. Gdy grałam jako dziecko jego nokturny, to zawsze płakałam, tak bardzo mnie poruszały. Powtórzę: w muzyce lubię prosty przekaz. Lubię przeżywać piosenki tak, że przy nich płaczę. Lubię, że powodują we mnie to, że mam ochotę rozwalić swoją energią klub. Tego właśnie szukam, kiedy piszę piosenkę.

MARY KOMASA

Emocjonalność i wrażliwość bardzo widać w śpiewanych przez Ciebie piosenkach.

-To jest dla mnie naturalne. Przeżywam nawet grę na instrumencie. Żeby muzyka wyszła, musisz zaangażować w nią całe ciało. Wyjaśnię to na przykładzie śpiewaczek operowych. Żebyś poczuł to, co wykonują na scenie, muszą włożyć w to olbrzymią pracę. Nie wyglądają wtedy ładnie, bo muszą zrobić brzydkie miny, żeby dźwięki wyszły tak, jak one tego chcą. Chcę, żeby w czasie koncertu dźwięk mojego śpiewu był niekoniecznie idealny, ale zarazem na tyle perfekcyjny, żeby publiczność zrozumiała, o jakie emocje mi chodzi. Właśnie tego szukam.

Zamierzasz się zaszufladkować w melancholii?

-Nie wiem; nie uważam, że wszystkie piosenki na mojej płycie są melancholijne, ale lubię zderzać się z melancholią. Mam w sobie dużo energii, tymczasem melancholia pozwala mi się trochę zawiesić. Kiedyś jej nie akceptowałam. To dziwne dla dziecka, gdy ma w sobie dużo melancholii, ale kiedy się okazuje, że to jedna z twoich barw, jest to fajne. Ta płyta była mi potrzebna, żeby to zaakceptować. Jaka będzie następna? Nie potrafię tego powiedzieć, ale na pewno nie chcę się szufladkować.

Zdarza Ci się jednak śpiewać o pustce tkwiącej głęboko w Twojej duszy.

-Ta płyta jest szczera. Są takie dni, gdy odczuwam całkowitą pustkę albo że się nudzę, a nienawidzę tego. Pustka może wynikać z różnych rzeczy, staram się ją zapełniać, ale też obserwować.

Jakie wnioski płyną z tych obserwacji?

-Żeby jej nie odrzucać. Czasem pustka może cię do czegoś natchnąć, bywa inspirująca. W młodości nie mogłam się zdecydować, czy chcę, czy nie chcę śpiewać. W pewnym momencie poczucie pustki sprawiło, że miałam ochotę ją zapełnić. Teraz dużo jej u mnie nie ma, ale kto wie, może przyjdzie taki czas, że będę jej w sobie potrzebować.

Płyta jako autoterapia?

-To nie mój styl. Moja debiutancka płyta powstała z potrzeby powiedzenia czegoś; potrzeby podzielenia się tym, kim jestem. Jednocześnie chciałabym, żeby ludzie w trakcie jej słuchania powiedzieli: „Przeżywam/przeżywałem podobną historię”. Spotkałam się już z takimi opiniami i to one cieszą mnie najbardziej. To największa nagroda.

MARY KOMASA

Z jakimi dokładnie opiniami się spotkałaś?

-Ktoś słuchał „Lost Me” i powiedział mi, że właśnie się z kimś rozstał i choć nienawidzi tej piosenki, to nie może przestać jej słuchać. Odpowiedziałam mu, że ta piosenka jest szczera.

Jest na tym albumie piosenka, której ostatnio słuchasz bez przerwy?

-Ukochaną ostatnio jest „Farewell”. W trakcie jej słuchania przed oczami staje mi stara amerykańska stacja, pod którą podjeżdża pociąg. Może to być także pociąg rosyjski, z „Anny Kareniny”. Ten tekst jest trochę kiczowaty. To miał być pierwotnie wiersz o tym, że serce jedzie sobie pociągiem, odjeżdża i że to zamknięty rozdział. Podobnie jak moja płyta.

Jan Komasa powiedział mi o Tobie, że rzuciło mu się w oczy, że zawsze chodziłaś bardzo wcześnie spać (koło 20/21:00) i hibernowałaś na jedenaście godzin. Wszyscy się temu dziwili i podobno pozostało Ci to do dzisiaj. Twojemu bratu wydaje się, że prowadzisz tak bogate życie wewnętrzne, że spalasz więcej energii niż spala się normalnie i potem długo dochodzisz do siebie. Co sądzisz o tej diagnozie?

-Bardzo przeżywam życie i sen jest naturalny objawem bojowym. Dużo śpię. Moje sny są bardzo intensywne i przeważnie analizuję w nich to, co się wydarzyło danego dnia. Do wszystkiego podchodzę bardzo emocjonalnie.

Czy Twoje sny są muzyczne?

-Czasem śnią mi się piosenki, Jestem wściekła rano, że nie mam pod ręką telefonu i pomysł na piosenkę przepada. Czasem ją zapamiętuję, nagrywam i okazuje się, że jest beznadziejna. Nie wiem wtedy, z czego się tak cieszyłam we śnie.

Czy sny znajdują odbicie w Twoich piosenkach?

-Często śni mi się tsunami, więc nie ma jeszcze takiego przełożenia. Freud by sobie w nich pogrzebał, ale nie jestem Freudem.

Marek Hłasko nie lubił snów i narzekał, że wszystkim się śnią cudowne rzeczy, a jemu śni się wsiadanie do tramwaju, tymczasem Agnieszka Osiecka ripostowała, że w symbolice freudowskiej ten nieszczęsny tramwaj jest erotycznym symbolem. Oniryczny nastrój widać natomiast w teledysku do „City Of My Dreams” .

-Powstał we współpracy z moim bardzo dobrym kumplem, Zbyszkiem Bzymkiem, który pracuje z nowojorską The Wooster Group. Miałam też świetnego operatora, Radka Ładczuka. W pracę nad tym teledyskiem zaangażowało się sporo osób, przede wszystkim performerzy z tego teatru. Każdy z nich miał tańczyć tak, jak potrafi. W ich twarzach odbija się życie tych ludzi. Kamera uchwyciła moment, w którym marzą o swoim świecie. Sama też w niego weszłam, mówiąc: „Leave me here”, zostaw mnie tutaj, bo mi się tu podoba. Obserwuję to wszystko, ale tak naprawdę nie wiem, o co tu chodzi; wchodzę do szafy i wychodzę w miejsce, gdzie widzę samotnych ludzi. Ostatecznie powstał bardzo filmowy teledysk i o to nam chodziło.

Czy teledysk powstawał w trakcie wysłuchiwania przez performerów tej piosenki czy słyszeli ją wcześniej?

-Mieli zakaz jej słuchania. Usłyszeli ją w czasie zdjęć i niektórzy z nich zaczęli płakać. Dzięki temu udało się nam uchwycić prawdę.

David Lynch powiedział, że „Życie przesycone jest abstrakcją i możemy coś z niego zrozumieć jedynie dzięki intuicji.”

-W życiu kieruję się tylko intuicją. Rzuciłam tyle kierunków studiów, ponieważ czułam, że to nie to. Nie wiem, czego chcę, ale wiem, czego nie chcę. Dlatego muszę próbować i jak dotychczas intuicja nigdy mnie nie zawiodła. Jeśli zaś chodzi o poziom abstrakcji, absolutnie zgadzam się z Lynchem. Mój ojciec nauczył mnie, że ludzie i życie są abstrakcyjne i że te abstrakcje należy wyłapywać, bo ułatwia to komunikację między ludźmi. Na poziomie abstrakcji jesteśmy siebie w stanie zrozumieć, nie ma konfliktów. Trzeba to w sobie wzbogacać. Jeżeli zaś chodzi o Lyncha, uwielbiam jego filmy. Jak byłam mała, mój starszy brat straszył mnie „Miasteczkiem Twin Peaks”. Najbardziej bałam się nie tyle Boba, ale pani z pieńkiem. Gdy wróciłam do tego serialu po latach, płakałam nad nim i zachwycałam się jego pięknem. David Lynch jest bardzo inspirujący, a muzyka w jego filmach sprawia, że zaczynach rozumieć emocje bohaterów. Nigdy nie zapomnę, jak pojechałam z bratem i siostrą do Los Angeles. Naszym marzeniem było, żeby wybrać się na Mulholland Drive i tak też zrobiliśmy. Było już bardzo ciemno, słyszeliśmy cykady. Gdy otworzyliśmy okna, uderzyły nas zapachy, a czas na chwilę się zatrzymał. Zachwyt mieszał się u mnie z przerażeniem, bo przypominał mi się film Lyncha. Później starałam się odtworzyć ten zapach, chodziłam po sklepach i wąchałam różne świeczki. Naukowcy odkryli, że zapach Mulholland Drive jest specyficzny – to wiatr Santa Ana z morza, połączony z eukaliptusem i jaśminem. Jest w tym zapachu coś niesamowitego. Gęsią skórkę mam nawet teraz, gdy o tym mówię.

A jak wspominasz dźwięki z Mulholland Drive?

-Wszyscy mają tam dzwoneczki, wieje wiatr. To miejsce znajduje się na górze, więc wszystko się tam rusza. Światła są lekko rozmyte; patrzysz na miasto, jest jasno, a jednocześnie ciemno. I praktycznie dotykasz napisu Hollywood. Kocham Lyncha, bo fantastycznie pokazuje Los Angeles- brutalne miejsce i ludzi na tyle naiwnych, żeby do niego jechać. Czuć tę dwojakość- tych, którym się nie udało, ale wciąż marzą i tych, którym się udało, ale często są nieszczęśliwi. Jest w tej mieszance coś kuszącego.

Muzycznie wiesz, czego chcesz?

-Myślę, że tak. Lubię szukać. Inspiruję się różnymi rzeczami i ludźmi, chociażby Mozartem i Bachem. Ostatnio grałam arię z Wariacji Goldbergowskich, która z wielu względów jest bardzo inspirująca, choć ma kilkaset lat. Wiem, które kierunki chcę sprawdzać i badać, a potem je studiuję. Inspiruje mnie nie tylko muzyka, ale też światło w teatrze, światło w kinie, a także scena i kostium w filmie. To może być nawet kiepski film, i tak jestem na niego otwarta. Staram się mieć uszy i oczy otwarte, ale też nie wyrabiać sobie przedwcześnie opinii na zasadzie, że nie pójdę na ten film, bo nie wypada. Lubię badać wszystko.

Jak wyglądało szukanie muzyków, z którymi współpracowałaś przy debiutanckim albumie?

-To był długi proces. Na początku nie wiedziałam, jak się zakłada band i czy muszę dać ogłoszenie do gazety. Niestety, Berlin jest przystankiem w życiu młodych ludzi i dlatego problem sprawiało mi skompletowanie zespołu. Miałam już trzy zespoły, ale często zmieniał się ich skład. Na szczęście muzycy sprowadzali do niego innych muzyków. Obecnie gram z muzykami, którzy są ode mnie starsi i zadomowili się w Berlinie.

Ale Ty nie zamierzasz się zadomowić w jednym gatunku muzycznym.

-Chciałabym zostawić sobie otwarte drzwi do eksperymentów. Wydaje mi się, że podążam kierunkiem, który jest słuszny i będę go rozwijać.

Dlaczego nie zostałaś śpiewaczką operową?

-Chyba nie mam takiej natury. Śpiewaczka operowa prowadzi specyficzny tryb życia. Wiem o tym doskonale, ponieważ mój brat bliźniak jest śpiewakiem operowym. Widzę, że trzeba w tym zawodzie rezygnować z siebie- głos staje się twoim guru i musisz iść przez życie, cały czas o nim myśląc. Owszem, też muszę o nim myśleć, ale śpiew operowy to ekstremalne myślenie. Twoje życie musi zejść na drugi plan, a tego nie chcę. Dodatkowo śpiewak operowy musi się poddać reżyserowi i muzyce, która już jest skomponowana. Na ciebie samego zostaje mało miejsca.

Antoni Komasa-Łazarkiewicz powiedział mi, że masz większą wiedzę o operze od niego i że znasz całe opery na pamięć.

-Puszczam je sobie czasem w domu i głośno śpiewam. Na szczęście moja sąsiadka jest głucha i tego nie słyszy. W operze bywam bardzo często i kocham śpiewaków operowych. Są częścią mojego życia. Kiedyś byłam sopranem koloraturowym, teraz spadłam o kilka oktaw w dół, może na mezzosopran. Gdy przyjeżdża mój brat bliźniak, zawsze chce mnie rozśpiewywać. Nie jest dla mnie czymś obciachowym, żeby śpiewać przy najlepszych śpiewakach, na przykład przy Mariuszu Kwietniu.

Antoni Komasa-Łazarkiewicz dodał, że nauczycielki śpiewu były Tobą zachwycone.

-Mój głos był zawsze dziwny, miał swoją specyficzną barwę. Gdybym chciała, zostałabym śpiewaczką operową. Było jednak we mnie coś takiego, że musiałam iść pod prąd. Mimo to marzy mi się projekt związany z muzyką klasyczną, chociażby granie na klawesynie albo na organach. Być może brakuje mi tych ćwiczeń przez kilka godzin dziennie. Chciałabym dać koncert w jakimś kościele i się do niego przygotować. Marzy mi się też wyjazd do Stanów, by pojeździć tam na festiwale country, mieszając je z festiwalami RnB. Z tej mieszanki wybuchowej może wyjść coś fajnego.

Czasem myślę o niebie jako o miejscu, w którym nieustannie leci przepiękna muzyka.

-Mam taką nadzieję. Chciałabym, żeby była tam muzyka jak z „E.T” albo jak z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”. Lubię filmy S.F., bo dają mi poczucie, że nie jesteśmy sami we Wszechświecie. Jest w tych filmach muzyka, która dodaje ci światła.

Pisarz Lew Tołstoj powiedział: „Muzyka zmusza mnie do zapomnienia o sobie, o swoim istotnym położeniu, przenosi mnie w jakieś inne, nie moje położenie: pod wpływem muzyki wydaje mi się, że czuję to, czego właściwie nie czuję, że rozumiem to, czego nie rozumiem, że mogę to, czego nie mogę.” Też możesz muzycznie to, czego nie możesz?

-Oczywiście, że tak. Gdy grałam na organach, miałam poczucie, że jestem superbohaterem. Właśnie dlatego ciągnęło mnie na scenę. Byłam wystraszonym, małym dzieckiem i zawsze chciałam mieć supermoce. Chyba stąd wzięło się to, o czym wspominał mój brat, czyli, że muszę się długo regenerować. Supermoce dawała mi muzyka. Wiedziałam, że jest w tym siła. Ograny są takie duże, a ja taka mała. Grałam na nich i czułam, że mój statek kosmiczny właśnie wyrusza i że ocalę Ziemię. Muzyka dodaje mi siły i pewności siebie. Dalej puszczam sobie filmy w głowie i nie zamierzam z tego rezygnować. Musiałabym przestać marzyć.

MARY KOMASA

Rozmawiał

Michał Hernes

Load More

Comments

comments

Michał Hernes

Koneser literackich i filmowych cytatów. Znajomi śmieją się, że wymyśla nazwiska reżyserów i pisarzy, a także tytuły książek i filmów. Jego ulubionymi filmami są „Czwarty człowiek” Paula Verhoevena, „Moje noce są piękniejsze niż wasze dni” Andrzeja Żuławskiego, „Mroczny Rycerz” Christophera Nolana, „Dola człowieka” Masaki Kobayashiego, „Lewy sercowy” Paula Thomasa Andersona i „Wygrać z losem” Johna Saylesa . Literacko uwielbia „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka, „Wadę ukrytą” Thomasa Pynchona i „Bakunowy Faktor” Johna Bartha. Uwielbia znaczek, jaki nosi na sobie reżyser teatralny Iwan Wyrypajew: "Należy się duchowo rozwijać, bo inaczej przejebane". Inspirujący jest dla niego fragment rozmowy Renaty Kim z Andrzejem Żuławskim. Kim powiedziała w pewnym momencie: "Pan ma duże zaplecze intelektualne, a widzowie- niekoniecznie", na co Żuławski odparł: "To niech mają, kurwa, to zaplecze".

You must be logged in to post a comment Login

Social Media Auto Publish Powered By : XYZScripts.com