12ewew        

Brave Festival: muzyczna alchemia bólu i radości

By  |  0 Comments

Gdy afrykański muzyk śpiewem opłakiwał śmierć zwierzęcia, było to „soulfulness- smutne uczucie przekute w coś pięknego, twórczego, odradzającego i ekstatycznego”.

sona
Hasłem tegorocznej edycji Brave Festival był „Griot”. W ten sposób nazywa się artystów muzyczno-słownej sztuki, którzy występują przede wszystkim na terenie Zachodniej Afryki. Zaproszeni do Wrocławia wykonawcy robią wszystko, by uwolnić od zapomnienia te muzyczne klejnoty z afrykańskich pustyni i wiosek, które błyszczą, wyśpiewywane przez muzyków. Jeśli jednak ta tradycja nie będzie kultywowana, to stracą swój blask i rozsypią się w proch. Wszak muzyka jest równie delikatna jak perły.

Gdy słuchałem tych przepięknych utworów, przypomniało mi się słowo soulfull, o którym pisała Zadie Smith. Czym ono jest? Cytując słynną pisarkę:

„Słownik odpowiada tak: „wyrażający lub zdający się wyrażać głębokie, często zabarwione smutkiem uczucie”. Znaczenie kulturowe czarnych dodaje do tego kilka odcieni. Odcień pierwszy: soulfulness to smutne uczucie przekute w coś pięknego, twórczego, odradzającego i- kiedy osiągnie szczyt- ekstatycznego. To alchemia bólu. W Their Eyes Were Watching God, kiedy mieszkańcy miasteczka śpiewem opłakują śmierć muła, to jest właśnie przykład soulfulness. Kolejny odcień: bycie soulful oznacza podążanie za uczuciem i poddanie się mu, zawierzenie mu, niestawienie mu oporu. Kiedy mała Jane bierze przykład z kwitnącego drzewa i siada na płocie, żeby pocałować przechodzącego chłopca, to jest to przykład soulfulness.”

Wracają do Brave Festival, program tegorocznej edycji ułożyła piosenkarka o fascynującym, przepięknym głosie, Sona Jobareth. To pierwsza kobieta-wirtuozka kory, pochodząca z rodziny Griotów. Jest ona założycielką pierwszej szkoły, która rozpowszechnia tradycyjną muzykę wśród młodych Gambijczyków. Ostatniego dnia festiwalu po raz pierwszy zagrała w duecie ze swoim ojcem, który niegdyś pomógł Soni Jobareth w odnalezieniu jej głosu i muzycznej tożsamości.

Równie wspaniałe były wszystkie pozostałe koncerty, chociażby popis Abou Diarry i Vieux Farka. Pierwszy czarował swoją harfą, umiejętnie wplatając do tradycyjnych dźwięków Mali jazz, blues i reggae. Występowi drugiego towarzyszyła wielka energia i pasja.

Przed koncertem Coumbane Mint Ely dwoje młodych ludzi rozmawiało o tym, że skoro ci muzycy występują na siedząco, to może nie być aż tak energetycznie. Nic bardziej mylnego, o czym świadczył chociażby fantastyczny taniec z… bębnem. W tej poezji wody, drzew i pustyni intrygująco brzmiał magnetyzujący głos mauretańskiej grotki.

Szkoda, że z powodu problemów z wizami do Polski nie przyleciała gambijska grupa Kucha Kassem. Zwłaszcza, że miał to być ich pierwszy koncert dla publiczności.

Mimo wszystko trudno czuć niedosyt po tak wspaniałym festiwalu. Koncerty były przyjmowane owacyjnie, także owacjami na stojąco. Muzycy zapraszali publiczność do tańczenia, również na scenie, na której świetnie się bawił chłopak na wózku inwalidzkim. To doskonały przykład, że na tym festiwalu przełamuje się bariery nawet spontanicznie i drobnymi gestami.

Organizatorzy Brave nie tylko uwalniali od zapomnienia wspaniałych muzyków, ale przede wszystkim zbierali pieniądze na szczytne cele, niosąc pomoc ubogim i osieroconym dzieciom, a także ofiarom trzęsienia ziemi w Nepalu.

brav
Koncertom towarzyszyła natomiast bardzo pozytywna energia, choć nie brakowało również chwil na refleksję i melancholię.

Gdy afrykański muzyk śpiewem opłakiwał śmierć zwierzęcia, było to „soulfulness- smutne uczucie przekute w coś pięknego, twórczego, odradzającego i ekstatycznego”.

Michał Hernes

Zdjęcia: Mateusz Bral/Brave Festival.

 

Comments

comments

Michał Hernes

Koneser literackich i filmowych cytatów. Znajomi śmieją się, że wymyśla nazwiska reżyserów i pisarzy, a także tytuły książek i filmów. Jego ulubionymi filmami są „Czwarty człowiek” Paula Verhoevena, „Moje noce są piękniejsze niż wasze dni” Andrzeja Żuławskiego, „Mroczny Rycerz” Christophera Nolana, „Dola człowieka” Masaki Kobayashiego, „Lewy sercowy” Paula Thomasa Andersona i „Wygrać z losem” Johna Saylesa . Literacko uwielbia „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka, „Wadę ukrytą” Thomasa Pynchona i „Bakunowy Faktor” Johna Bartha. Uwielbia znaczek, jaki nosi na sobie reżyser teatralny Iwan Wyrypajew: "Należy się duchowo rozwijać, bo inaczej przejebane". Inspirujący jest dla niego fragment rozmowy Renaty Kim z Andrzejem Żuławskim. Kim powiedziała w pewnym momencie: "Pan ma duże zaplecze intelektualne, a widzowie- niekoniecznie", na co Żuławski odparł: "To niech mają, kurwa, to zaplecze".

You must be logged in to post a comment Login

Social Media Auto Publish Powered By : XYZScripts.com