12ewew        

John Carpenter: Filmem rządzą korporacje

By  |  0 Comments

John Carpenter:

Filmem rządzą korporacje

carpenter

- Współczesna Ameryka mocno opiera się na elektronice, więc wszystko w tym kraju nabiera niesamowitego tempa. Z drugiej strony kino stoi w miejscu, w tym sensie, że większość filmów jest wciąż taka sama. To znaczy: tak samo zła - mówi legendarny amerykański reżyser John Carpenter.

Michał Hernes: W pańskich filmach horror spotyka się z fantastyką naukową, westernem, thrillerem, kinem akcji, romansem czy nawet komedią. Skąd ta wielość gatunków?

John Carpenter: Prawdopodobnie najlepsza odpowiedź, jakiej mogę ci udzielić, sprowadza się do tego, że wszystkie gatunki, które wymieniłeś, pokochałem w dzieciństwie. Uważam, że czasem w filmach udaje się z powodzeniem mieszać ze sobą różne style. Trzeba kierować się intuicją. W latach pięćdziesiątych, kiedy byłem dzieciakiem, uwielbiałem kino SF, horrory, westerny, kryminały i pozostałe gatunki, o których wspomniałeś.

Ubóstwia pan też Howarda Hawksa.

Tak, to mój ulubiony reżyser. Za jaki gatunek się nie wziął, wychodziło mu arcydzieło. Sprawdzał się zarówno w musicalach, jak i w filmach gangsterskich. To fascynujące, jak niespostrzeżenie objawia się w nich jego niepowtarzalny styl. Był mistrzem niewidzialnej kamery. Mimochodem tworzył kapitalne postaci i cudowny nastrój, a rekwizyty dobierał z prawdziwym pietyzmem.

bigtroublecarpenter

Jest panu bliskie to staroświeckie spojrzenie na kino?

Owszem, ale jednocześnie lubię nowości. Po prostu kocham kino. Wokół niego kręci się całe moje życie. Filmowe produkcje podążają z duchem czasu i stanowią odzwierciedlenie społeczeństw, w których żyjemy. Przykładowo współczesna Ameryka mocno opiera się na elektronice, więc wszystko w tym kraju nabiera niesamowitego tempa. Z drugiej strony kino stoi w miejscu, w tym sensie, że większość filmów jest wciąż taka sama. To znaczy: tak samo zła. Oczywiście zdarzają się wyjątki od reguły i dlatego nie tracę nadziei. Świat nieustannie się zmienia. Weźmy technologię 3D… kompletnie mnie ona nie interesuje. Niestety, film coraz bardziej staje się produktem. Wynika to z faktu, że w tej machinie dużo do powiedzenia mają korporacje.

Jako reżyser, scenarzysta i kompozytor wpisuje się pan w definicję twórcy niezależnego.

To prawda. Scenariusze pisałem, żeby przebić się do Hollywood. Muzykę komponowałem, ponieważ nie miałem pieniędzy, by zatrudnić kompozytora. Życie więc to na mnie wymusiło. Mimo małego budżetu, starałem się dawać z siebie wszystko. Stopniowo stało się to moją metodą pracy, ale chyba brałem na siebie za dużo.

Jako kompozytor pracował pan między innymi z Ennio Morricone.

Uwielbiam jego muzykę! Dorastałem w bardzo muzykalnej rodzinie. Mój ojciec był muzycznym wykładowcą akademickim, więc melodie otaczały mnie od samego początku. Słuchałem muzyki i grałem na różnych instrumentach. Muzykalność to w pewnym sensie moja druga natura. Swoje piętno odcisnął na mnie rock lat sześćdziesiątych. Podobnie jak w przypadku kina, można mówić o wielu inspiracjach, częstokroć ze sobą kontrastujących. Moją pierwszą miłością jest jednak film. To uczucie zaszczepiła we mnie moja matka.

PSDJOCA EC001

Muzyka nie tylko buduje nastrój pańskich filmów, próbuje pan nią igrać z emocjami widzów i manipulować nimi.

Można na nią patrzeć na wiele sposobów. Osobiście chciałem umieścić w danych scenach to, czego potrzebują, aby prawidłowo funkcjonowały. Kino to bardzo specyficzna forma sztuki, w której wszystko musi odpowiednio współgrać z obrazem.

Kapitalnie widać to w filmie „Coś”. Jaka jest historia tej produkcji?

Jak każdy szanujący się reżyser, chciałem współpracować z poważnym studiem filmowym. W latach siedemdziesiątych Universal planował zrobienie remaku oryginalnej wersji tej historii i zaproponowali mi, żebym ja to dla nich zrealizował. Nad scenariuszem pracowałem z bardzo utalentowanym pisarzem, Billem Lancasterem. Skoncentrowaliśmy się na opowiadaniu Johna W. Campbella „Who Goes There?”. Byłem wielkim fanem „Istoty z innego świata”, ale doszedłem do wniosku, że trudno będzie mi dodać do niego coś nowego, czego nie było u Howarda Hawksa. Postanowiłem podejść do całej sprawy inaczej i wziąć z literackiego pierwowzoru wszystko, czego zabrakło w filmie. Oczywiście musieliśmy też udoskonalić potwora.

Co sądzi pan o nowym remaku?

Użyto w nim nowej technologii i w kilku scenach pomogło to osiągnąć udany efekt.

Gdyby był pan na miejscu reżysera, zrobiłby to pan lepiej niż poprzednio?

Takie kopiowanie filmów przestało mnie interesować.

To pomówmy o pańskiej współpracy z Kurtem Russellem.

Poznałem go przy okazji kręcenia telewizyjnego filmu „Elvis”, w którym wcielił się w rolę tytułową. To wspaniały artysta. Ukształtowały go disnejowskie metody pracy z aktorami. – wzorowo wywiązywał się z postawionych przed nim zadań.

big-trouble-in-little-china

Zainteresował się pan „Elvisem” ze względu na muzykalność tej opowieści?

Byłem jego wielkim fanem. Dorastałem w czasach, gdy był naprawdę kimś. To inspirująca postać. Zmarł na rok przed rozpoczęciem zdjęć do tej produkcji. Więc film był w pewnym sensie złożonym mu hołdem.

Pokazał pan tam trudne relacje bohatera z matką i ten wątek powracał później w pańskiej twórczości. Dlaczego?

Prawdopodobnie wynika to ze skomplikowanych relacji, jakie sam miałem ze swoją mamą. Większość rzeczy w moich filmach jest jednak fikcją i wcale tak nie myślę.

Po „Elvisie” zrealizował pan legendarne „Halloween”.

To kolejne zlecenie, które otrzymałem. Producenci oczekiwali filmu o prześladowcy, który atakuje niańki. Nikt przedtem nie zrobił horroru o takim tytule. Nie mieliśmy zbyt wielkiego budżetu, ale jakoś się z tym uporaliśmy. Musieliśmy po prostu kombinować i być kreatywni. Wiele scen nakręciliśmy tylko raz. Przełom polegał na tym, że nigdy wcześniej nie powstał thriller, który w ten sposób traktowałby o mordercy w masce. Nie jest on do końca człowiekiem, ale nie ma nadnaturalnych mocy.

Co pan sądzi o kontynuacjach tego filmu?

Przestałem je już oglądać. Powinno się dać tej historii spokój.

Do innych pańskich klasyków należy wysnuta z prozy Stephena Kinga „Christine”.

Mówiąc szczerze, potrzebowałem wówczas pracy. „Coś” okazało się wielkim finansowym rozczarowaniem i rozglądałem się za ofertą. Ta pojawiła się jako pierwsza.

big-trouble-in-little-china

Przepełnione klimatem z Lovecrafta jest natomiast „W paszczy szaleństwa”.

To dla mnie jeden z najważniejszych pisarzy tworzących horrory i SF. Wykreował wiele fantastycznych postaci i zawsze byłem fanem jego twórczości. Starałem się możliwie jak najwierniej oddać nastrój, z którego słynął. Z klasyków horroru ważną rolę odgrywa dla mnie również reżyser Dario Argento. W wielu jego filmach klimat opowieści jest ważniejszy niż narracja. Ten stylista kina to mój bliski przyjaciel. Uwielbiam jego produkcje z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.

Do klasyków należą również „Ucieczka z Nowego Jorku” i „Ucieczka z Los Angeles”.

W pierwszym z tych filmów chodziło nam o to, by oddać klimat Nowego Jorku lat siedemdziesiątych, czyli miasta pełnego przemocy. Zainspirowała mnie powieść SF „Planeta Przeklętych” Harry’ego Harrisona. Drugą część nakręciliśmy, ponieważ Kurt Russell był wtedy na szczycie i chciał powrócić do tej historii.

Czy ten obraz zła i korupcji miał mówić coś o współczesnym panu świecie?

Możesz spojrzeć na to w ten sposób. Kocham Stany Zjednoczone i kapitalizm, ale jedno i drugie ma swoje wady. To, że je krytykuję, nie przekłada się automatycznie na nienawiść do nich. Z drugiej strony „Oni żyją” to owoc mojego gniewu związanego z rewolucją, która miała miejsce w Ameryce w latach osiemdziesiątych i drapieżnym kapitalizmem. Na warsztat wziąłem opowiadanie „Eight O’Clock in the Morning” Raya Nelsona, ekranizując je tak, by mówiło coś o współczesności.

Podobnie zapatruje się pan na religię i kościół, które także pokazuje pan niepochlebnie?

Mam co do nich mieszane uczucia. Dorastałem pośród religijnych osób i to dobrzy ludzie, ale nie można tego powiedzieć o wszystkich wierzących. Wszystko ma swoją ciemną stronę. Nie da się tego ogarnąć. Przynajmniej ja nie potrafię.

Przejdźmy do historii bardziej pozytywnej, czyli do „Gwiezdnego przybysza”.

Chciałem zrobić wtedy komedię romantyczną. Marzyło mi się, żeby się z tym zmierzyć i nie przeszkadzał mi kostium SF. Współpracowałem z Jeffem Bridgesem, a to sama przyjemność. Nie tylko ma talent, ale jest bardzo inteligentny.

Spotkałem się z tezą, że w niektórych pana filmach, w tym w „Wielkiej drace w chińskiej dzielnicy”, parodiuje pan wizerunek twardziela wykreowany w przeszłości przez takich aktorów jak John Wayne czy Clint Eastwood. Zgadza się pan z tą opinią?

To komedia, ale nie nazwałbym jej parodią. Kurt Russell bardzo chciał zagrać kogoś podobnego do Johna Wayne’a, jednak w „Wielkiej drace…” mamy do czynienia z jego głupszą wersją. Moją intencją nigdy nie było parodiowanie kogokolwiek.

4John-Carpenter-1

Na początku swojej kariery zrobił pan kilka krótkometrażówek, których bohaterem jest Godzilla. Skąd fascynacja tym potworem?

Ze względu na jego elastyczność. Jednym razem jest zły i walczy z Japończykami, a innym trzyma z nimi sztamę. Kocham go.

Potem przyszedł czas na „Ciemną gwiazdę”.

To był początkowo film studencki, ale bardzo chcieliśmy zrobić z tego fabułę. Moje relacje z Danem O’Bannonem były bardzo skomplikowane. To utalentowany człowiek, jednak problem polegał na tym, że bardzo chciał wziąć się za reżyserię. Ale to zamierzchłe czasy.

Planuje pan w tej chwili jakiś film?

Obecnie przebywam na wakacjach. Mam sześćdziesiąt pięć lat.

Mógłbym wymienić sporo starszych aktywnych reżyserów.

No i co z tego? Zdarza mi się oglądać filmy, ale bardziej interesuje mnie koszykówka, której jestem wielkim fanem. W Los Angeles mamy wspaniałe drużyny. Niestety, Lakers nie grają teraz najlepiej i wpędza mnie to w depresję. Mimo to z natury jestem optymistą i wierzę, że wreszcie złapią wiatr w żagle. Jeśli zaś chodzi o kino, to aktualnie nie marzy mi się żaden projekt, bo przeważnie marzenia przewyższają końcowy efekt. Lepiej skupić się na działaniu.

Michał Hernes

Źródło: http://stopklatka.pl/news/john-carpenter-filmem-rzadza-korporacje

Comments

comments

Michał Hernes

Koneser literackich i filmowych cytatów. Znajomi śmieją się, że wymyśla nazwiska reżyserów i pisarzy, a także tytuły książek i filmów. Jego ulubionymi filmami są „Czwarty człowiek” Paula Verhoevena, „Moje noce są piękniejsze niż wasze dni” Andrzeja Żuławskiego, „Mroczny Rycerz” Christophera Nolana, „Dola człowieka” Masaki Kobayashiego, „Lewy sercowy” Paula Thomasa Andersona i „Wygrać z losem” Johna Saylesa . Literacko uwielbia „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka, „Wadę ukrytą” Thomasa Pynchona i „Bakunowy Faktor” Johna Bartha. Uwielbia znaczek, jaki nosi na sobie reżyser teatralny Iwan Wyrypajew: "Należy się duchowo rozwijać, bo inaczej przejebane". Inspirujący jest dla niego fragment rozmowy Renaty Kim z Andrzejem Żuławskim. Kim powiedziała w pewnym momencie: "Pan ma duże zaplecze intelektualne, a widzowie- niekoniecznie", na co Żuławski odparł: "To niech mają, kurwa, to zaplecze".

You must be logged in to post a comment Login

Social Media Auto Publish Powered By : XYZScripts.com