12ewew        

Rozmawiamy z autorem przepięknego romansu „Między piekłem a niebiem”

By  |  0 Comments

 

-Kiedy umiera jej mąż to świat, który mu się ukazuje jest światem złożonym z jej obrazów- reżyser Vincent Ward opowiada o pracy nad filmem miłosnym „Między piekłem a niebem”, w którym główną rolę zagrał Robin Williams.

dreams

Michał Hernes: San Francisco Chronicle napisało, że w swoim pierwszym filmie, czyli „Stanie oblężenia”, mimo śmiesznie niskiego budżetu zbudował pan większe napięcie przy pomocy gry ze światłem i cieniem, niż Stanley Kubrick w legendarnym „Lśnieniu”. Jak skomentuje pan tę recenzję?

Vincent Ward: Przede wszystkim jestem bardzo szczęśliwy, że słyszę takie słowa. Muszę jednocześnie podkreślić, że sam w życiu nie napisałbym niczego podobnego o żadnym z moich filmów. Nawet nie przyszłoby mi to do głowy. Jeśli zaś chodzi o „Stan oblężenia”, to faktycznie ma w sobie coś z dramatu psychologicznego, ale gdybym miał robić porównania, to powiedziałbym, że prawdopodobnie bliżej mu do stylu polskiego reżysera, Romana Polańskiego. Nie ukrywam, że to jeden z moich ulubionych filmowców.

MH: Który jego film lubi pan najbardziej?

VW: Zdecydowanie „Wstręt”. Cudowne jest też „Dziecko Rosemary”. Ten reżyser w ogóle ma ogromny talent, taki swego rodzaju dar. To niesamowicie pomysłowy człowiek.

Polanskis-Pirates-set-001

MH: Czy w takim razie Polański działa na pana inspirująco?

VW: Skłamałbym mówiąc, że dzieje się tak obecnie, aczkolwiek faktycznie był taki okres, kiedy w dużej mierze inspirowałem się tym, co robił. Przynajmniej do momentu, w którym odnalazłem własną drogę i własny styl. Tak to bywa: początkowo bacznie przyglądasz się temu, co robią inni i powtarzasz sobie, jacy są wielcy, a później zaczynasz się coraz bardziej usamodzielniać. Moje filmy są bardzo osobiste i to uznałbym za swoje artystyczne credo.

MH: Skoro już mowa o mistrzach: wiem, że ceni pan Andreja Tarkowskiego. Na pierwszym miejscu u pana zdecydowanie stoi „Andriej Rublow”, nieco mniej lubi pan „Solaris” i „Stalkera”. Zgadza się?

VW: Oczywiście. Dla przykładu „Stalker” jest trochę pretensjonalny. Mimo wszystko Tarkowski stworzył w swoich filmach niesamowitą atmosferę. To był przede wszystkim niezwykle odważny człowiek. Realizował projekty, na których zrobienie wielu filmowców w ogóle by się nie zdecydowało. Kapitalne są te charakterystyczne dla niego długie ujęcia. Nie można też nie wspomnieć o wspaniałych metaforach. Gdy się na to patrzy, człowiekowi aż szczęka opada z wrażenia.

MH: Wspominał pan o odwadze. To chyba była nie lada odwaga, żeby wziąć się za pisanie scenariusza do trzeciej części „Obcego” po tym, jak odrzucono scenariusz napisany przez samego Williama Gibsona. Mam rację?

VW: Scenariuszy było sporo i większość z nich trafiła do kosza. Jak wspominałeś wśród autorów znalazł się między innymi William Gibson, którego uważam za rewelacyjnego pisarza. Przy okazji muszę wyznać, że nigdy nie przeczytałem jego wersji. Nie chciałem tego robić, bo miałem w głowie własny pomysł i zamierzałem się go konsekwentnie trzymać. Zresztą kiedy zaproponowano mi zrobienie tego filmu to początkowo mówiłem, że absolutnie nie mam zamiaru angażować się w ten projekt. Producenci poprosili drugi raz i znowu im odmówiłem. Później przemyślałem sobie całą sprawę i doszedłem do wniosku, że warto przedstawić własną koncepcję, bo nic na tym nie stracę, a mogę zyskać.

alien-ripley

Pierwotnie pomysłów było aż za dużo. Według początkowych założeń wokół jednego motywu miało się skupiać tysiące spraw i wątków. Ja widziałem to inaczej: wymarzyło mi się około tysiąc mnichów koncentrujących się wokół jednej konkretnej sprawy. Dokładniej to ujmując: gdzieś w kosmosie, na zalesionej planecie żyją sobie wyegzaltowani mnisi, którzy chcą po prostu przetrwać. Pozwala im na to ich technologia, która ułatwia im oddychanie, ale ma też wpływ na grawitację planety.

ripley-dungeon

Sami duchowni dużą wagę przywiązują do tradycji i wszystko wytwarzają ręcznie. Oczywiście wymaga to sporego wysiłku fizycznego, odwagi, odporności na cierpienie i przede wszystkim- trudnej umiejętności współpracy. To w końcu specyficzne środowisko, taki trochę busz. W mojej wizji Obcy jest dla nich diabłem, który powrócił jako wyraz proroctwa. Proroctwo zostało zapisane kilkaset lat wcześniej w księgach. Wydarzyło się wtedy coś strasznego, co nagle powróciło i muszą sobie jakoś z tym poradzić.

MH: Odnoszę wrażenie, że religia odgrywa dość istotną rolę w pańskiej twórczości. To prawda?

VW: Faktycznie w scenariuszu pojawiła się grupa społeczna, dla której religijność jest czymś niezwykle istotnym…

vard

MH: Podobnie jak zresztą w „Nawigatorze: odysei średniowiecznej” czy poniekąd w „Między piekłem a niebem”.

VW: Wszyscy ci bohaterowie poszukują duchowości. To zahacza o metafizykę- o szukanie czegoś, co wykracza poza cielesność, poza świat materialny. Właśnie o tym staram się opowiadać w swoich filmach. Zasadniczo chodzi o to, by przedstawić, jak różni ludzie i różne społeczeństwa starają się tłumaczyć sobie pewne niezwykle zawiłe zagadnienia. Weź pod uwagę, jak duży jest nasz świat. Stąd bierze się wielość wizji zbawienia. Nie ma jednego złotego środka i absolutnej zgodności. Nie ukrywam, że bardzo mnie to fascynuje. Dodatkowo internet daje niesamowitą przestrzeń do badania kultur, na przykład społeczności Eskimosów. Ciekawe są także koncepcje na temat życia po śmierci i tego, jak wygląda to życie, ten świat.

navboatburn-350x236

MH: Tej tematyce poświęcił pan sporo miejsca w filmie, o którym wspominałem powyżej. Zanim jednak przejdziemy do jego omawiania chciałbym zakończyć sprawę „Obcego 3”. Producent David Giler powiedział o pańskim scenariuszu: „Może i od strony wizualnej byłoby to piękne, ale kompletnie nie miałoby sensu”. Jak pan to skomentuje?

VW: Rzecz jasna całkowicie nie zgadzam się z tą opinią. Wszystkie moje filmy są spójne i we wszystkich kładę olbrzymi nacisk na sposób prowadzenia narracji. Myślę, że problem polega na tym, że przymierzałem się do zrobienia czegoś zupełnie innego, niż to zostało pokazane we wcześniejszych częściach. Producentów interesował natomiast remake, czym kompletnie nie byłem zainteresowany. Nie obchodziło mnie, że dla nich ważniejsze od mojego pomysłu było to, żeby zdobyć jak największą publiczność.

Z drugiej strony zadziwiająca była determinacja producentów i ich naciski na moją osobę. Wyobraź sobie, że w ciągu czterech lat aż trzy razy proponowali mi, żebym to wyreżyserował! Ale mnie od początku nie przekonywała taka retoryka. Wiesz… nie da się porównać „Blade Runnera” z pierwszym „Obcym” czy „Metropolis”. Każda z tych filmów jest odmienny i niezwykle autorski. To zupełnie różne wizje. W każdym razie te naciski kompletnie mi nie pasowały. Burzyły ciąg przyczynowo skutkowy, w którym wszystko tworzę od początku, do końca. Nie mogłem tak pracować, to nie jest mój styl. Szkoda, bo potem przeczytałem w internecie, że mój projekt okrzyknięto mianem najbardziej popularnego filmu SF, który nigdy nie został zrealizowany. No ale nie było zgody na to, bym okrył się takim wstydem.

MH: To co pan sądzi o filmie Davida Finchera?

VW: Jest jednym z nielicznych filmów, który totalnie schrzanił. Bodaj za najważniejszą przyczynę takiego stanu rzeczy należy uznać to, że aby go zrealizować musiał pójść na niemal totalny kompromis. Z drugiej strony to była dla niego wspaniała okazja i szansa, by sprawdzić się w tym gatunku. Niewykluczone, że wierzył, iż powstanie z tego coś znacznie lepszego. Niestety, tak się nie stało i nie dziwię się, że nie lubi o tym rozmawiać. Szczególnie, że później było już tylko lepiej i od tej pory tworzy znacznie lepsze rzeczy.

alien

MH: Przeglądając scenariusz „Obcego” rzuciło mi się w oczy to, że mnisi żyli w post apokaliptycznym świecie i prowadzili tryb życia zbliżony do trybu średniowiecznych ludzi. W „Nawigatorze” akcja rozgrywa się z kolei między innymi w średniowieczu. Dlaczego właśnie ten okres? Co jest w nim takiego szczególnego?

VW: Niewątpliwie średniowiecze było bardzo ważnym okresem w historii chrześcijaństwa i chrześcijan. Wiele ich idei ukształtowało się właśnie wtedy. Chodzi mi o wizerunek diabła albo stroje, które nosili ludzie. Poza tym nie wiem czy wiesz, ale tamte czasy mówią sporo o nas samych, czyli o ludziach współczesnych i o tym, jacy jesteśmy. Możesz przyjąć moje słowa z ironią i nie traktować tego poważnie, ale uwierz mi, że coś jest na rzeczy. Zresztą napisano sporo książek o tej tematyce.

MH: Wierzę. Skoro już obracamy się w średniowiecznych klimatach to słyszałem, że ciekawe były okoliczności, które zainspirowały pana do napisania scenariusza „Nawigatora”. Proszę o tym opowiedzieć.

VW: W porządku. Właściwie można powiedzieć o dwóch inspiracjach, które miały miejsce podczas moich podróży. Na początku była wyprawa do Niemiec, gdzie pojechałem nie mając przy sobie zbyt wielu pieniędzy. Po odwiedzeniu pewnego średniowiecznego miasta próbowałem przejść przez autostradę. Po pokonaniu trzech pasów okazało się, że są jeszcze cztery. Na dodatek był bardzo duży ruch. W końcu mi się udało, aczkolwiek nie było to łatwe. Czułem się wtedy, jakbym ze średniowiecza przeszedł do współczesności. Podobnie jak bohaterowie mojego filmu, w którym pojawia się zresztą podobna scena.

W czasie podróży po Amazonce, którą przemierzałem w kanu z silniczkiem, pewien Indianin opowiedział mi zaś o miastu za rogiem. Ponoć w odległej przeszłości jakiś człowiek miał wizję, że pojawi się tam świecące miasto. Kiedy dopłynąłem na miejsce ukazała się mi zabudowa, ale święcącego miasta nie dostrzegłem. To znaczy czasem się świeciło, jednakże za sprawą promieni słonecznych.

W samym filmie bohaterowie żyją w średniowieczu, natomiast jeden z nich ma wizję, w której widzi współczesny nam świat. Była to wizja nieba lub piekła. Żeby to pokazać potrzebna mi była między innymi uwspółcześniona średniowieczna muzyka zaprezentowana tak, jak to sobie wyobrażałem.

vin

MH: Jak osiągnięto ten efekt?

VW: Musiałem dokonać fuzji różnych, czasem naprawdę dziwnych stylów i gatunków muzycznych, na przykład pieśni wojennych i ogólnie takich, które oddawałyby atmosferę średniowiecznego folkloru. Poza tym używałem także instrumentów z Ameryki Południowej. Chciałem w ten sposób stworzyć bardzo specyficzny muzyczny styl. Chodziło mi o to, żeby wykorzystać nawet muzykę z Dalekiego Wschodu, no bo przecież w tamtych czasach występowały już pewne koligacje między chrześcijanami, a ludźmi zamieszkującymi Wschód.

MH: Skoro mowa o mieszankach, to w recenzji filmu „Nawigator” w „Observerze” przeczytałem, że jest on pomieszaniem stylu Williama Goldinga i Gene’a Roddenberry. To tak, jakby „Wieżę” połączono ze „Star Trekiem”. Co Pan sądzi o tej interesującej opinii?

VW: Cóż, nawet o tym nie wiedziałem i mówiąc szczerze kompletnie nie przyszło mi to do głowy. Musisz zrozumieć jedną rzecz- nie jestem od komentowania tego, co piszą o moich filmach krytycy. A jeśli chodzi o sam film, to jest to moja mała, skromna historia, w której chciałem po prostu przedstawić moje wyobrażenia na temat tamtego okresu w historii.

MH: Ten sam dziennikarz z „Observera” nazwał pana Wernerem Herzogiem z Antypodów. Jak skomentuje pan takie porównanie?

VW: To na pewno jeden z moich bohaterów. Uważam go za niesamowitego filmowca. Jednego z nielicznych, który ma coś do powiedzenia. Herzog jest wielką indywidualnością i wydaje mi się, że osiągnął znacznie więcej, niż wielu innych żyjących reżyserów. Opowiadane przez niego historie są jednocześnie logiczne, zwarte i niesamowicie spójne. Zachwyca mnie to, że ciągle nas zaskakuje i nieustannie podąża w nowych kierunkach.

her

MH: Twarz Herzoga pojawia się w filmie „Między piekłem a niebem”. Jeśli się nie mylę, to gra on ojca bohatera granego przez Robina Williamsa. Jest też ojcem dla pana?

VW: Tak, w pewnym sensie to mój przyszywany ojciec. Na pewno inspiruje wielu filmowców, także mnie. Nie sądzę, by kiedykolwiek udało mi się nakręcić coś tak dobrego, jak dowolny z jego filmów. To symbol niezależnego, spragnionego przygód twórcy filmowego, który budzi u mojej osoby wielki szacunek.

MH: Film, w którym zagrał klasyk niemieckiego kina powstał na podstawie powieści Richarda Mathesona. Dlaczego wybrał pan właśnie tę książkę i tego pisarza?

may

VW: To przede wszystkim cudowny pisarz. Na kanwie jednego z jego dzieł, notabene świetnego, powstał w Hollywood fatalny film z Willem Smithem, pod tytułem „Jestem Legendą”. Jeśli zaś chodzi o „Między piekłem a niebem” to wydaje mi się, że powieść powstała po tym, jak umarła jego żona i pisząc ją próbował się pogodzić z jej odejściem. Zastanawiał się też, co się dzieje z ludźmi po ich śmierci. Postanowił zbadać sprawę i rozmawiał z wieloma osobami, które otarły się o śmierć, ale jakimś cudem potem odzyskały przytomność. Pytał się o doświadczenia tych ludzi, a następnie wymyślił całą tę historię.

true

Pracę nad scenariuszem rozpocząłem wraz ze świetnym scenarzystą, Ronem Bassem. Warto odnotować, że w tym czasie był on jednym z najlepszych scenarzystów w Los Angeles. Uważam, że to równie utalentowany człowiek, co Richard Matheson. W każdym razie Bass chciał, żeby w filmie położyć większy nacisk na aspekty psychologiczne. Problem polegał na tym, jak pokazać życie po życiu. Z książki wzięliśmy to, że jest ono pewnym obrazem tego, co zachodziło w miłości między dwiema osobami. Sami wymyśliliśmy jednak, że żona bohatera pasjonowała się malarstwem. Książkowa bohaterka pracowała bowiem w firmie cateringowej. Rzecz jasna niebo wypełnione całą masą jedzenia nie prezentuje się zbyt atrakcyjnie. Wręcz przeciwnie- wyglądałoby trochę nudnie. Stąd pomysł, żeby postawić na malarstwo. Kiedy więc umiera jej mąż to świat, który mu się ukazuje jest światem złożonym z jej obrazów. W ten sposób zachodzi swego rodzaju komunikacja pomiędzy linią życia, a śmierci. Przy okazji muszę dodać, że pisanie scenariusza wcale nie było łatwe. Ja i Ron główkowaliśmy nad nim przez prawie rok. Pisał go on, ale jako reżyser konsultowałem z nim wiele spraw. Poza tym, podobnie jak przy trzeciej części „Obcego”, musiałem się zmagać z producentami. W takich sytuacjach czasem się wygrywa, czasem zaś przegrywa. Dlatego robienie filmów to olbrzymie wyzwanie i musisz być przygotowany do walki.

robin_williams_tribute__what_dreams_may_come_by_angoraart-d7uya0i

MH: A jak to było z robieniem reklam, chociażby z Batmanem?

VW: Od czasu do czasu faktycznie robię reklamy. Trzeba jakoś zarabiać, bo gdy pojawiają się pieniądze, to momentalnie ma się większą swobodę przy tworzeniu własnych filmowych projektów.

MH: A chciał pan kiedyś zrobić filmowego „Batmana”?

VW: Nie i już mówię dlaczego: odnoszę wrażenie, że jest na świecie mnóstwo reżyserów, którzy nadają się do tego bardziej niż ja. Poza tym mają talent i umiejętności, by coś takiego zrobić. Mnie bardziej interesują filmy autorskie, w których mogę przedstawiać swoje wizje.

MH: W takiej sytuacji należy się zastanowić, czy był pan właściwą osobą do kręcenia filmu „Obcy 3”. To jak to z tym było?

VW: Jak już wspomniałem przyszedłem wtedy do producentów z własnym pomysłem. Dopiero później zorientowałem się, że nie ma możliwości, bym zrealizował to, co zakładałem. Mimo wszystko uważam, że należy podejmować ryzyko i próbować. Zawsze można się wycofać. Trzeba tylko wiedzieć, kiedy i nie zrobić tego zbyt późno.

MH: Dlaczego nie zrobił pan „Robocopa 2”? Z podobnych powodów?

VW: Przede wszystkim Paul Verhoeven wykonał kapitalną robotę przy kręceniu pierwszej części tego filmu. Kiedy ktoś stawia tak wysoką poprzeczkę, trudno go przebić w drugiej czy trzeciej części. Szczególnie, że czasem ten sam filmowiec nie radzi sobie z kolejnymi częściami.

MH: A „Niekończąca się opowieść 2”? Znowu ta sama obawa?

VW: Widzę, że bardzo dobrze przygotowałeś się do tej rozmowy.

MH: Dziękuję za komplement, aczkolwiek chciałbym usłyszeć odpowiedź na zadane przeze mnie pytanie.

VW: Propozycja przyszła jakoś po sukcesie „Nawigatora”, który jest filmem utrzymanym w trochę podobnym klimacie. To poniekąd również fantasy. Ogólnie miałem wtedy naprawdę sporo ofert z Hollywood, ale bardziej zależało mi na moich autorskich pomysłach.

MH: Takich jak „Beowulf”?

VW: Na przykład. Jeśli chodzi o „Beowulfa”, to chciałem pokazać tę historię z punktu widzenia potwora, czyli Grendala. Myślę, że mogłoby wyjść z tego coś interesującego, ale niestety na przeszkodzie stanął brak odpowiedniego budżetu. To, co sobie wyobrażałem byłoby po prostu zbyt drogie. Zawsze mogłem się zgłosić do Hollywoodzkich producentów, ale to by oznaczało pójście na kompromis. Pomyślałem sobie: nigdy w życiu.

wil

MH: Chodzą panu po głowie jakieś inne projekty zahaczające o SF, bądź fantasy?

VW: Nie, jeśli mam być szczery to wolałbym całkowicie poświęcić się malarstwu. Najlepiej byłoby, gdybym mógł przy okazji z tego wyżyć. Zaczynałem jako malarz i dostarczało mi to wiele frajdy. Wierzę, że uda mi się do tego wrócić.

MH: To co pan sądzi na temat filmowców i malarzy takich jak chociażby David Lynch?

VW: To fantastyczne, że może robić jedno i drugie. Czapki z głów przed tym gościem. Niewątpliwie ma duży talent i sporo do powiedzenia. Wielokrotnie podejmuje olbrzymie ryzyko, więc cenię go za odwagę. Nawet jeśli krytycy nie zostawiają na nim suchej nitki, to robi kolejny film w podobnym stylu, a osoby, które go skrytykowały zmieniają zdanie na jego temat.

Rozmawiał: Michał Hernes

Comments

comments

Michał Hernes

Koneser literackich i filmowych cytatów. Znajomi śmieją się, że wymyśla nazwiska reżyserów i pisarzy, a także tytuły książek i filmów. Jego ulubionymi filmami są „Czwarty człowiek” Paula Verhoevena, „Moje noce są piękniejsze niż wasze dni” Andrzeja Żuławskiego, „Mroczny Rycerz” Christophera Nolana, „Dola człowieka” Masaki Kobayashiego, „Lewy sercowy” Paula Thomasa Andersona i „Wygrać z losem” Johna Saylesa . Literacko uwielbia „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka, „Wadę ukrytą” Thomasa Pynchona i „Bakunowy Faktor” Johna Bartha. Uwielbia znaczek, jaki nosi na sobie reżyser teatralny Iwan Wyrypajew: "Należy się duchowo rozwijać, bo inaczej przejebane". Inspirujący jest dla niego fragment rozmowy Renaty Kim z Andrzejem Żuławskim. Kim powiedziała w pewnym momencie: "Pan ma duże zaplecze intelektualne, a widzowie- niekoniecznie", na co Żuławski odparł: "To niech mają, kurwa, to zaplecze".

You must be logged in to post a comment Login

Social Media Auto Publish Powered By : XYZScripts.com