12ewew        

Wywiad z autorem „Gry o Tron”, George’em R.R. Martinem

By  |  0 Comments

Wywiad z autorem „Gry o Tron”

George’em R.R. Martinem

 

Michał Hernes: Coraz więcej osób zastanawia się, kiedy autor scenariusza serialu telewizyjnego zostanie nagrodzony literackim Noblem. Zwłaszcza, że wiele wybitnych książek było w przeszłości wydawanych w odcinkach. Czy pana zdaniem ten scenariusz ma rację bytu?

george
George R.R. Martin (śmiech): To interesujące pytanie. Mówiąc szczerze, nie mam pojęcia. Moja wiedza na temat kryteriów związanych z przyznawaniem Nobla jest niewielka. To melodia przyszłości. Wszystko zależy od decyzji szwedzkich komediantów, którzy nie konsultują się ze mną w tej sprawie.

Może szybciej doczekamy się momentu, w którym tę nagrodę otrzyma pisarz SF bądź fantasy?

-Bliski był tego w latach pięćdziesiątych Tolkien i byłoby cudownie, gdyby nagrodzono go Noblem. Zasługiwał na to jako jeden z najwybitniejszych autorów żyjących w dwudziestym wieku. Czy obecnie któryś z fantastów ma szanse? Trudno powiedzieć. Skostniałe granice między literackimi gatunkami coraz bardziej się zacierają. Wierzę, że ten proces będzie trwał i doczekamy się chwili, w której autor książek fantastycznych zostanie należycie doceniony.

Pozwolę sobie kontynuować temat starcia literatury popularnej z wielkimi klasykami. Popełnił pan kiedyś tekst o wyższości Stana Lee nad Szekspirem. Skąd taka teza?

-Napisałem to, kiedy miałem trzynaście lat. Nie będę bronił tej opinii, chociaż wciąż uważam, że Stan tworzy fantastyczne komiksy i dokonał wielkiej rewolucji. Wykreował wiele postaci, które przynoszą firmie Marvel milionowe zyski i przetrwają tysiące lat lub nawet dłużej. Nie można tego nie doceniać. Spiderman to wspaniały bohater, ale Romeo i Julia też są bardzo dobrzy.

Celowo rozpocząłem tę rozmowę od pytania o scenariusze, ponieważ chciałbym, żeby podzielił się pan swoimi doświadczeniami w tej dziedzinie od „Strefy mroku” począwszy.

-To była moja pierwsza fucha w Hollywood. Zaangażowano mnie do realizowania kontynuacji tego serialu, którą kręcono w latach osiemdziesiątych przez stację CBS. Jego oryginalna wersja, zrealizowana na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, to moja ulubiona telewizyjna produkcja wszechczasów. Kiedy więc zaangażowano mnie do tego projektu, byłem w siódmym niebie. Wcześniej nawet nie śmiałem o tym marzyć. Co dokładnie chcesz wiedzieć na ten temat?

martinowy
Czego ta przygoda pana nauczyła?

-Praktycznie wszystkiego o telewizji. Przed wejściem w to przedsięwzięcie nie przeczytałem żadnego scenariusza i musiałem od podstaw zgłębić tajniki dotyczące jego struktury czy formy. Nie ukrywam, że ukształtowało mnie to literacko i odbiło się na pisanych przeze mnie powieściach. Udoskonaliłem dialogi, które w serialach odgrywają kluczową rolę. Jak wiadomo, muszą być krótkie i bardziej zwięzłe. Nieprzypadkowo wspominałem też o ważnej roli struktury. W „Pieśni Ognia i Lodu” każdy rozdział kończy się jakimś nagłym zwrotem akcji bądź niedopowiedzeniem, do którego się potem wraca. Te nagłe cięcia są, oczywiście, związane z reklamami.

Praca nad „Strefą mroku” doprowadziła do spotkania na szczycie z Wesem Cravenem.

-To prawda, wyreżyserował on jeden z napisanych przeze mnie odcinków, który nazywał się „The Road Less Travelled”. Co ciekawe, to był mój jedyny autorski tekst powstały na potrzeby tego serialu. Cztery pozostałe to jedynie adaptacje stworzone na kanwie nowel innych pisarzy. Cieszę się więc, że ten wyjątkowy scenariusz powędrował w ręce kogoś tak utalentowanego, jak Wes Craven.

„Ostatni Obrońca Camelotu” powstał natomiast na podstawie dzieła Rogera Zelazanego.

-Roger był moim bardzo dobrym przyjacielem. Chciałbym jednocześnie podkreślić, że nie mówimy o pierwszym napisanym przeze mnie scenariuszu, ale właśnie go jako pierwszego dopuszczono do realizacji. Dzięki temu pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem aktorów, którzy wypowiadali napisane przeze mnie kwestie. Za niezwykle istotną w całym tym procesie uważam jedną rzecz. Nad scenariuszami serialu pracowałem samodzielnie i nie kazano mi uczestniczyć w burzach mózgów, wspólnie z innymi autorami, w specjalnie wyznaczonym do tego pomieszczeniu. Oczywiście nie uniknąłem pracy zespołowej. Gdy była taka potrzeba, rozmawiałem z reżyserem, producentami, autorami kostiumów czy specami od efektów specjalnych. Ale to następowało już później, w czasie kolejnych etapów. Cieszę się, że nikt mi nie przeszkadzał w samym procesie pisania. Byłem tylko ja i mój komputer.

Po zakończeniu prac nad „Strefą mroku” zaangażowałem się natomiast w serialową wersję „Pięknej i Bestii”. Przez trzy lata napisałem trzynaście odcinków, przechodząc drogę od konsultanta do producenta nadzorującego. Inicjatorem tej produkcji był Ron Koslow, a w rolę główną fantastycznie wcielił się Ron Perlman.

gmar

Jak pana zdaniem zmieniła się od tego czasu telewizja?

-Na pewno nastąpiła w niej rewolucja, ale trudno mi się na ten temat wypowiadać. Piszę przede wszystkim książki i od 1995 roku na długo wypadłem z obiegu. Wcześniej pracowałem nad scenariuszami jedynie przez dziesięć lat. Teraz tworzę co prawda scenariusz jednego odcinka „Gry o tron” na sezon, ale największą i najtrudniejszą robotę wykonują David Benioff i D.B. Weiss. Nie zapominajmy, że są oni również pisarzami. Jestem więc szczęśliwy, że się w to zaangażowali. Stajnia HBO to najlepsi ludzie, z jakimi można pracować w Kalifornii. Produkują najlepsze amerykańskie seriale. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszych partnerów. Tworzymy cudowny zespół. Słyszałem, że niedługo doczekamy się serialowej wersji „Amerykańskich bogów”. To kolejna ekscytująca wiadomość.

Nie marzy się panu, żeby zobaczyć „Gry o tron” w 3D?

-Nie, ta technologia mnie nie obchodzi. Moim zdaniem nie wnosi zbyt wiele do kina i telewizji. Zdecydowanie opowiadam się za starym dobrym 2D. W pewnym sensie technika poszła do przodu, ale irytuje mnie to używanie specjalnych okularów w ciemnej kinowej sali. A wracając do samego serialu, chciałbym być bardziej zaangażowany w niego i proces produkcji, jednak nie mogę sobie na to pozwolić. Muszę skończyć pisanie dwóch opasłych tomów. To dla mnie priorytet.

Skoro już doszliśmy do tego momentu, chciałbym pana zapytać, ze stworzeniem której postaci z „Pieśni Ognia i Lodu” miał pan największy problem?

-Zdecydowanie Brana Starka, ponieważ jest najmłodszy z nich wszystkich. W mojej opinii zawsze najtrudniej patrzy się na świat właśnie z punktu widzenia dziecka. Przyjmując ten punkt, nie możesz pisać jedynie o tym, co się wydarzyło. Naprawdę trzeba przyjąć dziecięcą perspektywę. Chodzi o sposób, w jaki przeżywa ono smutek i pustkę, a przede wszystkim o to, na ile rozumie, bądź nie, o co wokół chodzi i co ludzie wyprawiają.

Kogo w takim razie najtrudniej było panu uśmiercić?

-Wszystkich, których musiałem zabić. I to niezależnie od faktu, czy byli źli bądź dobrzy, pierwszo lub trzecioplanowi. W każdym z nich jest jakaś cząstka mnie samego. Zabijanie ich nigdy nie jest proste, nie widzę też w tym nic zabawnego. Niestety, nie sposób tego uniknąć, kiedy chce się stworzyć taką opowieść. Zmuszam się więc do tych decyzji. Najtrudniejsze do opisania zdecydowanie były Krwawe Gody i wszystkie okropieństwa, które się wtedy wydarzyły. To bolesne.

(…) Pracuję aktualnie nad szóstym tomem, pod tytułem „The Winds of Winter”. Przede mną wciąż tysiące stron. Po jego ukończeniu wezmę się za „A Dream of Spring”. To opasłe tomiska, nie powstaną jutro. Potrzebuję jeszcze kilku lat.

Jest pan pewien, że na tym zakończy się ten cykl?

-Nie jestem pewny niczego. To tylko moje zapowiedzi. Nadrzędny cel sprowadza się do opowiedzenia tej historii najlepiej, jak tylko potrafię. I żeby końcówka spełniła oczekiwania, które narodziły się wraz z powstaniem pierwszego tomu. Nie ukrywam natomiast, że po głowie chodzą mi pomysły na inne powieści z gatunków takich jak SF, fantasy czy horror.

marg

Na koniec chciałby pana zapytać o pańskie literackie inspiracje.

-Pierwszą ważną książką, którą przeczytałem, było „Wkładaj kombinezon i w drogę” Roberta Heinleina. Miałem wtedy jedenaście lat i ogromnie na mnie wpłynęła. Dzięki niej zapałałem miłością do fantastyki naukowej i przez wiele lat Heinlein był dla mnie najważniejszym pisarzem. Arcydzieła Tolkiena odkryłem i pokochałem w czasach licealnych. Wciąż co roku do nich wracam. Ogromnie cenię sobie utwory Jacka Vance’a. To wspaniały i unikalny stylista. Nikt nie potrafi pisać tak jak on. Tworzy wspaniałe światy i postaci. Nie ukrywam, że właśnie z tego powodu złożyłem mu hołd. „Umierająca Ziemia” jest cudownym zbiorem opowiadań. Z pisarzy historycznych bliscy są mi Thomas B. Costain i Francuz Maurice Druon, autor cyklu „Królowie przeklęci”. Ubóstwiam też prozę Bernarda Cornwella, który jest najlepszym żyjącym literatem piszącym o wojnie. Nikt tak jak on nie opisuje scen batalistycznych lub po prostu wojennych. I to niezależnie od faktu, czy rozgrywają się one na lądzie, czy w wodzie, w czasach arturiańskich bądź napoleońskich.
Rozmawiał: Michał Hernes

Wywiad ukazał się w PDF „Nowej Fantastyki” w 2012 roku.

 

Comments

comments

Michał Hernes

Koneser literackich i filmowych cytatów. Znajomi śmieją się, że wymyśla nazwiska reżyserów i pisarzy, a także tytuły książek i filmów. Jego ulubionymi filmami są „Czwarty człowiek” Paula Verhoevena, „Moje noce są piękniejsze niż wasze dni” Andrzeja Żuławskiego, „Mroczny Rycerz” Christophera Nolana, „Dola człowieka” Masaki Kobayashiego, „Lewy sercowy” Paula Thomasa Andersona i „Wygrać z losem” Johna Saylesa . Literacko uwielbia „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka, „Wadę ukrytą” Thomasa Pynchona i „Bakunowy Faktor” Johna Bartha. Uwielbia znaczek, jaki nosi na sobie reżyser teatralny Iwan Wyrypajew: "Należy się duchowo rozwijać, bo inaczej przejebane". Inspirujący jest dla niego fragment rozmowy Renaty Kim z Andrzejem Żuławskim. Kim powiedziała w pewnym momencie: "Pan ma duże zaplecze intelektualne, a widzowie- niekoniecznie", na co Żuławski odparł: "To niech mają, kurwa, to zaplecze".

You must be logged in to post a comment Login

Social Media Auto Publish Powered By : XYZScripts.com